Archiwum kategorii: Ludzie

Anna Krepsztul (1932-2007)

Anna Krepsztul urodziła się 20 lutego 1932 roku w Taboryszkach. Urodziła się jako córka Stanisława i Józefy z domu Ormowskich.

Już w wieku 10 lat zachorowała na osteoporozę i gruźlicę kości powodujące ich łamliwość. W ciągu 70 lat artystka doznała 72 złamań kości, dodatkowo borykając się z cukrzycą i chorobą serca.

Pierwszych lekcji malarstwa udzielał córce Stanisław Krepsztul – rzeźbiarz amator. Z przyczyn zdrowotnych Annie Krepsztul udało się zdać jedynie tak zwaną małą maturę, nigdy nie pobierała nauk w szkole plastycznej. Od 4 do 6 miesięcy rocznie artystka spędzała w szpitalach z powodu kolejnych licznych złamań kości. Po śmierci rodziców artystką zaopiekowała się siostra, Danuta Mołoczko, pomagając w codziennych pracach domowych. Przez ostatnie 20 lat życia artystka poruszała się wyłącznie na wózku inwalidzkim.

Po raz pierwszy wystawa prac artystki miała miejsce w 1949 r. w Wilnie, a kolejna wystawa odbyła się dopiero w 1985 r. w Stowarzyszeniu Twórców Ludowych w Wilnie.

W 2002 r. została odznaczona Medalem Polonia Mater Nostra Est.

22 czerwca 2005 r. Anna Krepsztul i prof. Andrzej Stelmachowski zostali – jako pierwsi w historii – wyróżnieni tytułem Honorowego Obywatela Rejonu Solecznickiego. Artystka sama nie była obecna na uroczystościach z powodu kolejnego pobytu w szpitalu.

Anna Krepsztul zmarła 12 października 2007 r. w rodzinnych Taboryszkach na Wileńszczyźnie, gdzie została pochowana 14 października na miejscowym cmentarzu. Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył biskup Juozas Tunaitis.

Artystka była autorką około 3500 prac, w tym obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej z 1987 r., przekazanego w darze papieżowi Janowi Pawłowi II, za który od Ojca Świętego otrzymała list z podziękowaniem i błogosławieństwem. W 1993 r. w kościele Ducha Świętego w Wilnie ks. Dariusz Stańczyk przekazał papieżowi kolejny dar od artystki, haftowany jedwabnymi nićmi obraz Matki Boskiej Bolesnej. Anna Krepsztul planowała sama przekazać obraz, jednak stanęło jej na przeszkodzie kolejne złamanie kości, tym razem kręgosłupa.

Obrazy artystki znajdują się w zbiorach prywatnych oraz galeriach, między innymi w Polsce, Litwie, USA, Anglii, Niemczech, Francji, Australii i Kanadzie, a także zdobią kościoły w Rostowie nad Donem, Witebsku na Białorusi oraz kanadyjskim Wilnie (obraz Bożego Miłosierdzia). W 1995 r. odbyła się w Chicago wystawa prac artystki, a środki uzyskane podczas aukcji zostały przekazane na pomoc Uniwersytetowi Polskiemu w Wilnie i kościołowi w Onżadowie.

Ksiądz Jan Charukiewicz (1923-1998)

Ksiądz Jan Charukiewicz urodził się 23 lipca 1923 r. w Starych Trokach. Wcześnie stracił ojca, toteż wychowaniem jego i trzech sióstr zajmował się dziadek, emerytowany kolejarz. Na wyborze powołania duchownego zaważył wpływ wspaniałych duszpasterzy z lat dzieciństwa i wczesnej młodości: ks. Henryka Hlebowicza oraz ks. prefekta Piotra Wasiczonka, o których ks. Jan zachował wdzięczną pamięć.

Pobierając dalsze nauki w gimnazjum im. Piotra Skargi w Wilnie młodzieniec przygotowywał się do seminarium duchownego, lecz wojna, lata sowieckiej i niemieckiej okupacji nie pozwoliły skończyć naukę. W 1944 r. powołano go do wojska, od którego uratowało zaświadczenie ówczesnego rektora seminarium duchownego ks. Jana Uszyłły o tym, że jest klerykiem. Dopiero w 1948 r., po zdaniu matury, Jan Charukiewicz wstąpił do duchownego seminarium w Kownie. Święcenia kapłańskie otrzymał 21 września 1952 roku.

Krótko pracował w parafiach jaszuńskiej i sużańskiej, nim został mianowany do parafii Puszki na pograniczu litewsko-białoruskim, miejscowości między miasteczkiem Widze a Święcianami. Służył w niej Bogu i ludziom przez 6 lat poświęcając się także odnowieniu świątyni i wyposażeniu jej w niezbędne przedmioty kultu. 8 kwietnia 1959 r. przez władze kościelne został przeniesiony do Bujwidz, gdzie ze strony miejscowych władz doznał niemałych przykrości, m. in. za potajemne udzielanie ślubów. Napastliwa korespondencja w prasie wywołała odpowiednią reakcję ze strony władz: z parafii bujwidzkiej księdza wkrótce usunięto.
18 września 1961 roku ks. Jan został przydzielony do Dukszt Pijarskich, gdzie i pozostawał do końca życia.
W ostatnim dniu 1998 roku, odszedł po nagrodę do Pana.

Zespół „Turgielanka”

Zespół „Turgielanka” powstał w 1991 roku w malowniczej miejscowości Turgiele (Turgeliai) tuż nieopodal Wilna, w rejonie Solecznickim (Šalčininkų rajonas). Zbieranie folkloru charakterystycznego dla danej miejscowości zainicjował Ksiądz Józef Aszkiełowicz. Do zespołu dołączyli ludzie pragnący ocalić od zapomnienia swoje dziedzictwo kulturowe. Wielkie pragnienie zachować piosenki regionalne i donieść je do innych jest widoczne na występach i próbach zespołu, który wielokrotnie dzielił się swoim majątkiem kulturowym z mieszkańcami nie tylko własnego kraju (Solecznik (Šalčininkai), Ejszyszek (Eišiškės), Turgiel (Turgeliai), Jaszun (Jašiūnai), Kamionki (Akmenynė), Taboryszek (Tabariškės), Wilna (Vilnius), Kowna (Kaunas), ale też z mieszkańcami Polski, Białorusi. Zespół stara się też odtwarzać tradycje świąt ludowych, np. Świętowanie Dożynek albo Wielkanocy. Młodzież i ludzie starsi należący do zespołu wykonują przeważnie piosenki ludowe: polskie, litewskie, białoruskie. Przeważają tu takie instrumenty muzyczne: akordeon, mandolina, łyżki, brzęczałka.
Zespół gościł między innymi w takich miejscowościach krajów sąsiednich: Inowrocław, Tułowice, Ostrowiec, Śląsk, Bydgoszcz, Toruń, Ciechocinek, Onżadowa, Węgorzewo, Białośliw, Gdańsk, Sopot, Gniezno, Mrągowo, Suwałki, Kraków, Zakrzewo i innych.

Bożena Bieleninik

Bożena Bieleninik: czterdziestolatka; stan cywilny – mężatka; wykształcenie pedagogiczne, polonistka; wykonywany zawód – nauczycielka języka polskiego i literatury; zainteresowania – teatr, reżyseria.

4 września 2012 roku Bożena Bieleninik została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi RP. W Pałacu Paców w Wilnie odznaczenie wręczył Ambasador RP na Litwie Janusz Skolimowski. Odznaczenie zostało przyznane 26 lipca 2012 roku przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

Poniżej zamieszczamy wywiad z Bożeną Bieleninik z dn. 11 listopada, „Magazyn Wileński”, 2006 r.
www.magwil.lt

W dość już odległych czasach sowieckich, bardzo modnym tytułem lirycznych reportaży o kołchozowych bohaterach był „Ziemi przypisany”. Jak ulał, sparafrazowany „szkole przypisana” pasowałby do portretu Bożeny Młyńskiej (dziś Bieleninik). Dlaczego? Na to pytanie każdy, kto ma jakieś powiązania z oświatą, z łatwością odpowie: to przecież cała nauczycielska dynastia. Tato Bożeny, śp. Ludwik Młyński, był wieloletnim dyrektorem, pracownikiem wydziału oświaty rejonu wileńskiego i niezmordowanym organizatorem, społecznikiem. W Mejszagole, Suderwi, Duksztach, Bezdanach, gdzie tylko pracował, zaraz rodziły się inicjatywy. Niekiedy ubierał je w cudaczne szaty, by władzy sowieckiej nie gorszyć, ale zawsze służyły dzieciom. By je zająć sadził dąbrowę, organizował plenery, ba, pływał na łodzi podwodnej…

Mama Bożeny – Weronika: wieloletnia polonistka w mejszagolskiej szkole, przez parę dziesięcioleci dyrektorka szkoły w Ojranach pochodzi z fenomenalnej rodziny: trzy jej siostry (z domu Rymszewiczówny) są nauczycielkami: Teresa Giniewicz – dyrektor szkoły średniej w Miednikach, Anna Łuksza – autorka podręczników, nauczycielka-metodyk pracująca w szkole średniej im. Sz. Konarskiego oraz Jadwiga Runiewicz – polonistka, która wiele lat oddała szkole w Pogirach. Czy więc mogła Bożena Bieleninik – z domu Młyńska – nie być pedagogiem? Zresztą, na domiar wszystkiego, rzec można, urodziła się w szkole. No, nie zupełnie, ale już jako kilkumiesięczne dziecko „poszła” z mamą do pracy. Szkoła w Korwiu miała pokoik dla nauczycielki. Nakarmioną i przewiniętą Bożenę mama zostawiała za ścianą i szła na lekcję. Uczniowie pilnie nasłuchiwali, czy dziecko nie zacznie płakać i zaraz wołali: proszę nauczycielki, Bożenka płacze! No i mieli kilka minut zerwanej lekcji…

Kiedy proszę Bożenę o wspomnienia z dzieciństwa, to zdecydowanie odpowiada: to była szkoła. Rodzice oboje pracowali w szkole, w domu rozmawiali, oczywiście, o szkole, wolny czas poświęcali… szkole, bo chcieli wiejskim dzieciom dać chociaż odrobinę innego świata: poezji, teatru, tańca, śpiewu. Szkoła była atrakcyjna i młodzież, dzieci chętnie tam spędzali czas. Więc mała Bożenka „szykowała się” do lekcji, uczestniczyła w tworzeniu strojów i dekoracji, była świadkami prób…

Prawdziwe dzieciństwo miała u dziadków, na wileńskich Wołokumpiach. Spędzała tam nie tylko wakacje i wolne dni, ale też okresowo mieszkała. Pewnego razu, kiedy babcia przyjechała do szkoły rodziców i znalazła małą wnuczkę samą w domu, bo rodzice, oczywiście, byli w szkole na zebraniu czy radzie, wywiozła ją pomieszkać do normalnego domu. Tam, w Wołokumpiach był dziadek Bolesław (dziś, niestety, już go nie ma) i babcia Bronisława – dziś liczy sobie 92 lata i ciągle jest w toku jej życia i bardzo kochana. Była wspaniała przyroda: las, Wilia, cudowna Kalwaria i kościół w Trynapolu po drugiej stronie rzeki. Było też obcowanie… Nie, to nie było, ot takie sobie, siedzenie i bajanie. Z babcią świat poznawała w ogrodzie. To jej zawdzięcza, że i dziś nie skrzywdzi roślinek; dziadek zaś przy każdej robocie (np. wyplataniu kapeluszy) w słowach prostych i dostępnych uczył ją prawdziwej historii tej ziemi: był legionistą, należał do pokolenia, które gotowe było życie oddać za wolność kraju. To z dziadkami chodziła do kościoła i w ich domu w gronie licznej rodziny miała wszystkie święta. Niestety, rodzice pracując w mejszagolskiej szkole: tato jako dyrektor, mama – polonistka, nie mogli otwarcie chodzić do kościoła. W mieście było o wiele łatwiej, a w małym miasteczku wszyscy się przecież znali i najczęściej nie brakło „życzliwych”, by donieść do odpowiednich urzędów o zachowaniu dyrektora… Więc kościół pw. śś. Piotra i Pawła na Antokolu był dla ich rodziny parafialnym. Kiedy bywa tu niekiedy z turystami, szczególnie emocjonalnie o nim opowiada nie tylko dlatego, że to cudowna świątynia, ale i ze względu na osobisty sentyment.

Tak mocno od lat najmłodszych osadzona w szkolnych realiach miała faktycznie dwie drogi do wyboru: znienawidzieć szkołę (jak to jest w przypadku wielu nauczycielskich dzieci, bo im rodziców zabiera) albo, poznawszy dosłownie od podszewki, związać też swój los i… kontynuować rodzinne tradycje. W jej życiorysie właśnie wariant drugi się spełnił. Swój uczniowski życiorys rozpoczęła mając sześć lat w mejszagolskiej szkole, gdzie ojciec był dyrektorem, mama zaś uczyła ją polskiego. Jeżeli ktoś uważa, że miała łatwo, to grubo się myli. Musiała, po prostu musiała być bardzo dobra. I była. Prawda, nauka nie sprawiała jej większych problemów, a nauczyciele… byli wspaniali. To były lata naprawdę piękne w historii szkoły. Jej rocznik na maturze miał pięcioro kandydatów na tzw. złoty medal i wszyscy, cała piątka otrzymała swe wypracowane nagrody. A ileż było wątpliwości, czy warto nawet zgłaszać prace, bo jak to wiejskiej szkole miałby przypaść taki zaszczyt. Jest to zasługa tych wspaniałych ludzi, którzy w latach 70. właśnie w Mejszagole mieli swój „złoty okres”: państwo Ciechanowiczowie, Rusakiewiczowie, Matukańscy, Wierbajtisowie… Te nauczycielskie małżeństwa swą wiedzę i wiele, wiele serca oddawali uczniom. To dzięki nim Bożena mogła się szczycić wspaniałą znajomością języka litewskiego, niemieckiego, być dobra na wf i „podróżować” bez trudu po mapie… To już w szkole połknęła bakcyla teatru, deklamacji… W jej szkole było tak, że już na początku roku „aktywiści” wspólnie z nauczycielami ustalali, jakie imprezy będą szykowali. I mieli całkowitą swobodę w realizacji swych pomysłów. Oczywiście, w każdej chwili mogli się zwrócić z prośbą o pomoc i radę do swych nauczycieli. Takie stosunki sprzyjały twórczości, kreowały liderów… Niektóre zawodowe chwyty swoich nauczycieli dziś Bożena stosuje w pracy. Często bezwiednie naśladowała (i dziś też) sposób mówienia i maniery mamy-polonistki, zauważały bez trudu to osoby, które je obie znają… Cóż, geny… Ale na pewno po ojcu ma te ciągoty do nowych wyzwań, pomysłów. Dla ojca dom był cząstką szkoły: jak było trzeba przekształcał go na skład, muzeum, dom noclegowy; potrafił pozwolić ściąć w ogródku mamy najpiękniejsze kwiaty, bo akurat potrzebne były dla gości… Próbuję zażartować: przykład zaraźliwy? Bożena się uśmiecha i wyznaje: jeżeli kiedyś czasami miała ojcu za złe, że nie dbał o ich byt materialny, to doroślejąc coraz lepiej go rozumiała: tak chciał i tylko tak umiał żyć. Jest bardzo wdzięczna swym najbliższym, że przed samym Sylwestrem, kiedy ojciec ciężko chory nie mógł opuścić szpitala, pojechali z nią go odwiedzić. Ojciec był zaskoczony i… bardzo szczęśliwy. Kiedy w lutym był pogrzeb ojca przyszły dosłownie tłumy… Ludzie rozumieli jego pasję i, widocznie, cenili go, bo przecież na pogrzeb nikt iść nie zmusza…

Kiedy w 1978 roku jako absolwentka ze złotym medalem startowała w dorosłe życie, kroki swe skierowała do ówczesnego instytutu pedagogicznego. Prawda, miała wątpliwości, czy studiować historię, czy język niemiecki? Jednak historia odpadła, kiedy uświadomili jej bliscy, że nie będzie łatwo pogodzić studia z oficjalną wersją historii i „rodzinną” jej znajomością; niemiecki odrzuciła, bo jednak miała (pomimo doskonałych wyników) ten kompleks absolwentki małomiasteczkowej szkoły. Skierowała swe kroki na polonistykę i nigdy, nigdy, dokonanego wyboru nie żałowała. Polonistyka w tamtych latach była bardzo popularna i zbierała w swych audytoriach naprawdę wartościową młodzież. Konkurs był imponujący: cztery osoby na jedno miejsce! Została studentką i z ogromnym zapałem oddała się życiu studenckiemu. Miała wspaniałe koleżanki i kolegów: byli ambitni i twórczy. Wspólnie z kolegami ze starszych lat realizowali najśmielsze pomysły. Był teatr dla uczniów, był studencki kabaret, wieczornice, wycieczki, wyjazdy na bazy „Energopolu”, dyskusje i wesołe zabawy… Były też niezbyt przyjemne chwile, kiedy musiała sprytnie odmówić wstąpienia do „jedynej” partii, a kolega z roku został usunięty ze studiów z powodu – jak się domyślali – otwarcie deklarowanej religijności… Niekiedy bardzo wyraźnie odczuwali, że są podsłuchiwani i śledzeni. Cóż dziwnego: obok, w Polsce, rodziła się „Solidarność”…

Po studiach, niestety, nie dostała pracy w zawodzie, jednak miała szczęście; została skierowana do rejonu wileńskiego i wylądowała w domu pionierów, który się mieścił w Niemenczynie. Przesympatyczne miasteczko i takaż szkoła. Do dziś czuje w sercu wdzięczność dla śp. dyrektora Antoniego Malinauskasa, który osobiście pofatygował się z nią do klas, by ją przedstawić i zapoznać dzieci z panią, która będzie z nimi bawiła się w teatr. Kiedy na pierwsze zajęcie przyszło ponad 60 osób, koleżanki zapowiadały, że to szybko minie. Ale większość dzieci została i musiała z nimi pracować. Doskonale wiedziała, że godziny pracy się kończą, a ona nie mogła odmówić dzieciom, które prosiły, by jeszcze „popracować”, tworzyć teatr. Te pięć lat pracy w Niemenczynie wspomina jako piękną przygodę. W tym też czasie założyła rodzinę. Męża – Grzegorza, fizyka z wykształcenia i bardzo twórczego człowieka – poznała w swoim środowisku, jednak przez pewien czas nie wiedzieli swych nazwisk, nie znali rodzin. Jakże byli zaskoczeni (mile), kiedy się okazało, że zaocznie ich rodziny się znają.

Bożena rosła raczej w „demokratycznej” rodzinie – poszanowania osobistej wolności. Jednak w miarę dorastania mama nieraz jej niby niechcący napomykała, iż byłoby jej przykro, gdyby musiała do swoich wnuków mówić nie w ojczystym języku. Rozumiała te „podchody” mamy i wcale nie myślała martwić rodziców. Wiedziała, że kochany człowiek będzie bardziej jej bliski, gdy nie będą ich dzielić dodatkowe bariery: wiary, języka, tradycji. Mieli z Grzegorzem cywilny i kościelny ślub – nie poszli na kompromisy z wewnętrznym przekonaniem, że tak ma być. I są z tego dumni. A kiedy na świat w roku 1988 przyszedł syn Rafał, Bożena na kilka lat pożegnała się z ulubioną pracą i oddała się radościom macierzyństwa. W roku 1991 wróciła do całkiem już innej rzeczywistości: jej miejsce pracy nie istniało… Trafiła do wydziału oświaty. Nie był to najlepszy czas: ustawiczna walka, intrygi, rugowanie za rządów komisarycznych polskiego nawet w oficjalnym obcowaniu znajomych osób… Nawet ludzie, którzy ją doskonale znali, potrafili być podejrzliwi, bo była „przy władzy”. Była za młoda, za mało doświadczona by stawić temu czoła. Odeszła do szkoły, do Niemieża, gdzie od roku szkolnego 1993-1994 dostała etat polonistki. Jakże się czuła wolna po gnuśnej atmosferze panującej w gabinetach władzy.

Tu spotkała się z innym problemem, którego ani w Mejszagole, ani w Niemenczynie tak bardzo nie odczuwała: wszechobecność języka rosyjskiego. Kiedy w swojej wychowawczej klasie – dziesiątej – zaproponowała wystawienie noworocznego przedstawienia po polsku, spotkała się z nieoczekiwaną reakcją wychowanków. W jeden głos twierdzili: nas wyśmieją, dlaczego po polsku? Tu była twarda: albo robimy w ojczystym języku, albo wcale. Dali się przekonać i… odnieśli duży sukces. Tak w Niemieżu powoli wracała do swej pasji – tworzenia teatru. Wkrótce zrodził się na Wileńszczyźnie Festiwal Teatrów Szkolnych, powstało Towarzystwo Miłośników Teatrów Szkolnych (jego prezesem obecnie jest Bożena Bieleninik), do których organizowania i uczestnictwa aktywnie się włączyła Bożena ze swym szkolnym teatrem „Wędrówka”. „Wędrówka”, więc ciągle do przodu, pod wiatr… Co jest urocze a zarazem trudne w szkolnym teatrze to to, że aktorzy – dzieci, ciągle się zmieniają. Bywają lata, kiedy nauczyciel ledwie może wykrzesać w wychowankach iskierkę aktorską. Ale zdarzają się też klasy wprost stworzone do gry – taką ma obecnie klasę siódmą… Ileż ma dla nich pomysłów.

Bożena jako reżyser też jest ciągle w drodze: od teatru lalkowego, do tradycyjnego i z powrotem szła z roku na rok. Aż nagle za sprawą pana Tomasza Brzezińskiego z Łomży poznała „czarny teatr” i ten styl gry przemówił do niej i z pasją go realizuje z dziećmi. Ma za sobą kurs instruktorki, upoważnienie do prowadzenia „teatru czarnego”, ostatnio poznała w Płocku teatr integracyjny i już widzi jego ogromne możliwości na naszym gruncie. Jako uczennica szkoły średniej była pod wrażeniem, jak to ich lituanistka pani Rusakevičiene do deklamacji angażowała całą klasę: tych bardzo i mało zdolnych do przekazywania słowa rymowanego.

Dziś, kiedy mamy w klasach tak wielu dzieci z tzw. odchyleniami od normy, uczących się według modyfikowanych czy nawet adoptowanych programów, bardzo ważne jest ich integrowanie do życia pozalekcyjnego, obcowania partnerskiego. Potrzebne jest ono nie tylko dzieciom mającym różnego rodzaju zaburzenia, ale też zdrowym, by czuli się odpowiedzialni, byli troskliwi i tolerancyjni wobec inności kolegów. U nas ruch ten jest, rzec można, w powijakach. Jednak w Macierzy dzieci niepełnosprawne, nadpobudliwe są traktowane na równi i czynią znaczne postępy. Zawsze, kiedy wraca z Polski, jest pod wrażeniem tego, jak tam społeczeństwo, w tym młodzież, jest uczona dobroci i troski o bliźniego. Ruch wolontariuszy, tak mało u nas znany, robi wspaniałą robotę. Chciałaby, by zamiast dziwacznych kółek i akcji, znalazł miejsce też na naszym gruncie. Przedświąteczne i okazyjne akcje dobroci wobec dzieci np. z domów dziecka mogłyby przerodzić się w ruch ciągłej troski, serdecznego obcowania na co dzień.

Takie myśli ją dziś absorbują, bo widzi, że świat nas zostawia w tyle – zatroskanych o dobra materialne, a tak mało dbających o więzi serc. Bożena może się szczycić sukcesami: mianem najlepszej polonistki (w ramach konkursu „Najlepsza szkoła – najlepszy nauczyciel”), instruktora zwycięzców wspaniałego konkursu recytatorskiego „Kresy”, reżysera teatrzyku szkolnego – laureata niejednej nagrody, a ostatnio robiącego prawdziwą furorę spektaklem o wielkim Polaku, Ojcu Świętym Janie Pawle II. Modny temat, gra na uczuciach – niech mówi, kto co chce. Teatr zawsze stawia na uczucia, ma poruszyć nie tylko umysł ale i serce. A nasz Rodak chyba nigdy nie przestanie być dla nas ważnym tematem, wciąż aktualnym moralnym autorytetem.

Kiedy staramy się w rozmowie odejść od szkoły i teatru, na które została „skazana” od dzieciństwa, Bożena bardzo powściągliwie zaznacza, że rodzina – ta najbliższa: mąż Grzegorz i syn Rafał, siostra (m. in. młodsza o ponad 10 lat), mama, babcia, rodzice męża… tworzą to zaplecze, dzięki któremu może czuć się bezpiecznie. Wie, że potrzebują czasami więcej troski, uwagi, więc stara się siebie podzielić – sprawiedliwie. Kosztem czasu dla siebie, wyłącznie dla siebie. Bo kiedy już by mogła, zdaniem męża, uspokoić się: ugotować smaczny obiad i zdrzemnąć słodko w fotelu, ona „na chwilkę” pędzi do Wołokumpi czy Mejszagoły, bo przecież tam też czekają na nią kochane osoby, którym dotyku jej rąk i czułych słów nie może zabraknąć właśnie dziś.

Zanotowała Janina Lisiewicz

 

Ksiądz Adolf Trusewicz (1919-2001)

Edukację na poziomie szkoły średniej zdobył w Małym Seminarium w Krakowie i w Gimnazjum w Wilnie. Do Zgromadzenia wstąpił 30 października 1938 roku w Wilnie. W latach 1941-1945 studiował filozofię i teologię w Wyższym Seminarium Duchownym w Wilnie. Śluby wieczyste złożył 27 września 1944 roku. W dniu 8 kwietnia 1945 r. z rąk arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego przyjął święcenia kapłańskie w Wilnie.

Pierwszą jego placówką był kościół pw. Wniebowstąpienia Pańskiego w Wilnie, gdzie jako jedyny misjonarz pracował do zamknięcia kościoła przez komunistów 14 lutego 1945 r. Ukrywał się później w Ponarach, Czarnym Borze, ostatecznie trafił do Turmont nad granicą łotewską, gdzie przepracował 4,5 roku jako administrator kościoła. Z kolei w latach 1953-1956 przebywał w Olanach w kościele pw. Niepokalanego Poczęcia również w charakterze administratora parafii. Najdłużej jednak sprawował posługę duszpasterską w Suderwie, gdzie administrował parafią od 11 stycznia 1956 r. aż do 1995 roku.

Przez wiele lat nieoficjalnie pełnił również obowiązki kapelana w środowisku nauki i sztuki. Przychodzili do niego nie tylko Polacy, ale i Litwini. W dowód wdzięczności za wysiłek i trud w podtrzymywanie polskości ks. Adolf Trusewicz został uhonorowany Złotą Oznaką Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Problemy zdrowotne, które rozpoczęły się w 1994 r., nasiliły się jeszcze bardziej w roku 1995. Decyzją przełożonych ks. Adolf został przeniesiony do Krakowa do domu Kleparskiego. W Krakowie kontynuował dalsze leczenie rozpoczęte jeszcze w Wilnie. Po odzyskaniu sił w miarę możliwości włączał się w pracę duszpasterską w kościele św. Wincentego na Kleparzu.

Zmarł 8 kwietnia 2001 r. Uroczystość pogrzebowa odbyła się na Stradomiu 11 kwietnia. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Rodzina Misjonarzy Św. Wincentego a Paulo i wierni Ziemi Wileńskiej ponieśli niepowetowaną utratę, gdy 8 kwietnia 2001 roku zmarł w Krakowie Wielki Wilnianin, ostatni z Rodziny Misjonarzy na terenie Wilna ks. Adolf Trusewicz.

Po otrzymaniu 8 kwietnia 1945 roku w Wilnie święceń kapłańskich przez następne pięćdziesiąt sześć lat z wyjątkowym poświęceniem służył Bogu i ludziom, podtrzymując wiarę w czasach trudnych. Z narażaniem własnego bezpieczeństwa niósł słowo misyjne i nadzieję w czasie odpustów, rekolekcji oraz do zgromadzeń ukrytych i wszędzie tam, gdzie ludzkie dusze potrzebowały wsparcia, oczekując Dobrej Nowiny.
Był również przyjacielem ks. prałata Józefa Obrembskiego, do którego z Suderwy jeździł autobusem Wilno-Suderwa-Mejszagoła.

Życzenia ks. Adolfa Trusewicza do Rodaków. Dn. 24.12.1999 r.

Drodzy Rodacy!
Wiele lat spędziłem wśród Was. Razem modliliśmy się. Wspólnie przeżywaliśmy radości i smutki. Obecnie mieszkam w Krakowie, ale moje serce pozostało wśród Was. Wspomnienia tamtych, wspólnie przeżytych lat, stają się bardziej żywe w dniach, gdy przygotowujemy się na Święta Narodzenia Chrystusa i na Wielki Jubileusz Roku Zbawienia.

Kochani Rodacy!
Przyjmijcie moje serdeczne i szczere życzenia świąteczne i noworoczne, a zwłaszcza życzenia na dwutysięczny rok od Narodzenia Zbawiciela naszego.
Wraz z Jego przyjściem ukazała się łaska Boga, która niesie zbawienie wszystkim ludziom. Ta łaska zapewnia pokój ludziom dobrej woli. Ta łaska pozwala nam radować się, jak się radują we żniwa.
Radość w czasie żniwa wiąże się z utrudzeniem, ale i z nadzieją obfitych plonów. Łaska Boga wymaga od nas trudu, bo poucza nas, abyśmy sprawiedliwie i pobożnie żyli na tym świecie. Łaska Boga daje równocześnie błogosławioną nadzieję zbawienia.
Jak przed wiekami pasterzom, dzisiaj nam wszystkim anioł mówi: „Nie bójcie się! Zwiastuję wam radość wielką: Narodził się wam Zbawiciel”. Wolni od lęku i pełni owej Bożej radości pragniemy śpiewać: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój”. Niech Boży pokój zagości w naszych sercach i w naszych rodzinach, niech czyni z nas lud wybrany, gorliwy w spełnianiu dobrych uczynków.
O spełnienie tych życzeń dla Was modlę się każdego dnia i Was, Drodzy Rodacy, proszę o modlitwę w mojej intencji.
Szczerze oddany w Bogu
Ks. Adolf Trusewicz

Św. Rafał Kalinowski

Józef Kalinowski pochodził ze szlacheckiej rodziny herbu Kalinowa, jego ojcem był profesor matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. W latach 1843-1850 kształcił się w Instytucie Szlacheckim, który ukończył z wyróżnieniem. Następnie podjął studia w Szkole Rolniczej w Hory-Horkach koło Orszy, jednak ich nie ukończył. Po studiach w Mikołajewskiej Szkole Inżynierii Wojskowej w Petersburgu w 1855 zdobył tytuł inżyniera mechaniki budowlanej oraz stopień porucznika. Pracował przy budowie linii kolejowej Kursk-Odessa-Kijów.

Wziął udział w powstaniu styczniowym. Po aresztowaniach objął dowodzenie powstaniem na Litwie, za co aresztowany 24 marca 1864 został skazany na karę śmierci. W wyniku starań rodziny karę śmierci zamieniono na 10 lat katorgi na Syberii: w Nerczyńsku, w Usolu, w Irkucku oraz w Smoleńsku.

W maju 1874, po zwolnieniu z wygnania, został w Paryżu wychowawcą księcia Augusta Czartoryskiego. W 1877 wstąpił do zakonu Karmelitów Bosych w Grazu w Austrii, przyjmując imię zakonne Rafał od św. Józefa. Święcenia kapłańskie otrzymał 15 stycznia 1882 r. i został wybrany przeorem oraz to samo stanowisko piastował w Wadowicach.

Zmarł 15 listopada 1907 w Wadowicach – po 11 miesiącach choroby – w klasztorze w Wadowicach, którego był budowniczym i przeorem w latach 1892-1894, 1897-1898 oraz w 1906. Został pochowany na cmentarzu klasztornym w Czernej.

22 czerwca 1983 w Krakowie Jan Paweł II beatyfikował o. Rafała Kalinowskiego. Kanonizacja bł. Rafała Kalinowskiego dokonała się 17 listopada 1991 w Rzymie.

14 września 2007 Senat RP podjął uchwałę w sprawie uznania św. ojca Rafała Józefa Kalinowskiego za wzór patrioty, oficera, inżyniera, wychowawcy i kapłana-zakonnika.

Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest w Kościele katolickim 15 listopada, u karmelitów 19 listopada, natomiast w polskim Kościele 20 listopada i ma rangę wspomnienia obowiązkowego.

W 1983 roku odznaczony został Gwiazdą Wytrwałości. Pod jego wezwaniem na Litwie znajduje się gimnazjum w Niemieżu oraz kościół w tejże miejscowości.

Zbigniew Maciejewski

Od 1990 roku zawodowo związany ze szkolnictwem polskim na Litwie. Obecnie pełni funkcję dyrektora Gimnazjum im. św. Rafała Kalinowskiego w Niemieżu.

Poeta i pieśniarz, wykonujący utwory własne, jak też innych poetów, do których słów napisał muzykę – m. in. ks. Jana Twardowskiego, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza, Włodzimierza Wysockiego, tragicznie zmarłych Sławomira Worotyńskiego, Edwarda Stachury.

Debiutował zbiorkiem poezji „Dokąd?…” (1990 r.), wydanym nakładem Kurii Metropolitalnej w Warszawie.

W oficynie Literatów i Dziennikarzy „Pod Wiatr” opublikował dwa zbiory wierszy: „Czołem, kameleoni” (1994) i „Lekcja religii” (2001).

Zbiór wierszy „Siewca” (2010) jest podsumowaniem poetyckiego dorobku autora.

Lekcja religii

Prosiłem,
milczałem,
– daj.

Gdy rzekłeś
– bierz,
pojąłem,

za co Cię,
Panie,
na krzyż.

18.01.1999

 

Ksiądz Antoni Dilys

Pochodzi z polsko-litewskiej rodziny. Jest najstarszym z 3 rodzeństwa. Ojciec Litwin był zakrystianem w kościele św. Edwarda w Święcianach. Matka była Polką, uczyła dzieci języka polskiego. W szkole był samotnikiem. Po ukończeniu gimnazjum wstąpił do wileńskiego seminarium duchownego.

Po 1945 r. Litwa z Wilnem została włączona do Związku Sowieckiego. W czerwcu 1946 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już jako młody wikary był nachodzony przez litewską służbę bezpieczeństwa. Wieczorem dnia 26 listopada 1949 r. został aresztowany. Kazano mu spakować rzeczy, oddać broń, której nie posiadał, i zabrać ciepłe ubrania. Następnie przewieziono go ciężarówką do aresztu w Nowych Święcianach. Stamtąd trafił na pół roku do więzienia w Wilnie. Oskarżono go o podburzanie ludności, o namawianie do dezorganizacji powstających wówczas kołchozów. Ponadto, rzekomo dzięki jego namowom jeden z parafian miał podpalić kołchozowy owies (pożar na polu rzeczywiście miał miejsce, ale ksiądz nie miał z tym nic wspólnego), a przy tym pojawił się „świadek”, twierdzący, że ksiądz pomagał miejscowym partyzantom. Ostatnim zarzutem było straszenie na ambonie piekłem – bezbożników i komsomolców. Bez sądu skazano go na 25 lat łagrów.

Już uwięziony odmawiał współpracy ze służbą bezpieczeństwa, za którą obiecywano wyjście na wolność. Najpierw przewieziono go do łagru w Karagandzie, na terenie dzisiejszego Kazachstanu. Pracował w tartaku. Mieszkał w baraku z 20 innymi więźniami. Oprócz niego było tam jeszcze 3 księży z Łotwy. Jeden z nich nauczył go odprawiania mszy w obozowych warunkach. Miał też miniaturkę obrazu Jezusa Miłosiernego – wizerunku objawionego św. Faustynie Kowalskiej. W paczkach otrzymywał małe hostie – ukryte w cukrze, albo mące. Jak pewnego razu odkryli to strażnicy, ksiądz im powiedział, że to ciasteczka – i oni uwierzyli. Msze odprawiał o świcie, albo w nocy przy stoliku.

Po śmierci Stalina zmniejszyli mu wyrok do 10 lat. Przewieziono go do łagru – kopalni węgla w Workucie. Tam pracował na budowie i w łaźni. Więźniom dawano symboliczną zapłatę za ich pracę, można było wychodzić do miasta, do kina, na terenie obozu był sklep. Zezwalano na odwiedziny bliskich. W tym okresie odwiedziła go siostra. W 1956 r. zwolniono go z obozu i 23 sierpnia 1956 r. wrócił do Wilna. Tutaj przenoszono go z miejsca na miejsce – był proboszczem w 15 różnych parafiach. Najdłużej, bo 15 lat, był proboszczem w parafii św. Piotra i Pawła w Wilnie. W 1993 r. osobiście pobłogosławił go papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Wilna. W 2008 r. był rezydentem w parafii św. Ducha w Wilnie. Mały ołtarzyk, przy którym odprawiał msze w łagrze obecnie znajduje się w Litewskim Muzeum Historyczno-Etnograficznym.

Ksiądz Antoni Dilys odszedł do Pana w dn. 11 stycznia 2019 roku.

Lilianna Narkowicz spisała jego wspomnienia zatytułowane „Życie – to wielka tajemnica” (Wydawnictwo Polskie w Wilnie – „Magazyn Wileński”).

Stanisława Szwejkowska (1938-2011)

Urodziła się w 1938 roku we wsi Pasieki, w parafii Turgiele. Była gospodynią ks. Józefa Obrembskiego, a została ją jeszcze w Turgielach, później przeniosła się z nim do Mejszagoły. Skończyła 4 klasy, ale to nie przeszkadzało jej na najwyższym poziomie przyjmować gości prałata – od licznych parafian, księży, po prezydentów.
Odeszła do Pana w niedzielę, 21 sierpnia 2011 roku. Śp. Stanisława Szwejkowska spoczęła na cmentarzu parafialnym w Mejszagole, tak jak sobie życzyła.
Była skromną, ale zarazem podporą i „prawą ręką” ś.p. ks. prałata Józefa Obrembskiego. Ci, którzy mieli okazję gościć w słynnym mejszagolskim „pałacyku”, z sympatią i z wdzięcznością za przepyszne obiady nazywali ją: pani Stasia. Świętej pamięci Stanisława Szwejkowska, wieloletnia gospodyni ks. prałata Józefa Obrembskiego, podążyła za nim do wieczności zaledwie 75 dni po jego śmierci.

 

Baliński Michał (1794-1864)

Baliński Michał, ur. 14 VIII 1794 w Terespolu, zm. 3 I 1864 w Wilnie. Ukończywszy w 1815 r. Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Uniwersytetu Wileńskiego prowadził rozległe studia z dziedziny humanistyki (m.in. u J.Lelewela).

Redaktor „Tygodnika Wileńskiego” w latach 1816-1819. Popularyzował czytelnictwo, sekretarz Towarzystwa Typograficznego Wileńskiego, członek Towarzystwa Szubrawców.

Od 1847 r. osiadł w Jaszunach k\Wilna, gdzie zgromadził pokaźne zbiory książek z zakresu historii i prawa.

 

 

 

Ksiądz Prałat Józef Obrembski (1906-2011)

Józef Obrembski pochodził z ziemi łomżyńskiej, był synem Anny z rodziny Kołaczkowskich i
Justyna Wincentego. Do Wilna przybył w roku 1925 na studia w seminarium duchownym. Kształcił się na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1932 r. rozpoczął pracę duszpasterską jako wikariusz w Turgielach, 40 km od Wilna. Od 1950 r. pełnił obowiązki proboszcza w Mejszagole, gdzie mieszkał do śmierci.

Wychował niejedno pokolenie Polaków-katolików. W czasach sowieckich organizował opiekę nad wypędzonymi księżmi, ukrywał ich, prowadził katechezę wśród dzieci, jeździł po kolędzie, udzielał sakramentów świętych – również potajemnie, odwiedzał chorych. Schronienie u księdza znajdowali też żebracy i samotni. Nie uniknął te przesłuchań przez funkcjonariuszy sowieckiej służby bezpieczeństwa.

Za wieloletnie zasługi w krzewieniu wiary i polskości ksiądz Obrembski został m.in. wyróżniony medalem Zasłużony dla Kultury Polskiej i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który w 1994 r. wręczył mu prezydent Lech Wałęsa. W lutym 2011 roku podczas wizyty na Litwie prezydent Bronisław Komorowski osobiście uhonorował duchownego Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP. Tytuł Honorowego Obywatela Rejonu Wileńskiego nadały mu władze regionu wileńskiego, a w 2008 z rąk ambasadora Janusza Skolimowskiego otrzymał pierwszą na Litwie Kartę Polaka.

Ksiądz prałat Józef Obrembski zmarł w wieku 105 lat. Został pochowany przy kościele Najświętszej Marii Panny w Mejszagole (rejon wileński). Na grobie księdza poświęcono pomnik nagrobny. Fundatorem tego pomnika jest m.in. urząd miasta Wysokie Mazowieckie z inicjatywy burmistrza Mirosława Siekierka.

Ksiądz był bardzo szanowaną osobą. Księdza prałata żegnali m.in. nuncjusz apostolski na kraje bałtyckie Luigi Bonazzi, metropolita mińsko-mohylewski ksiądz arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz, biskup Juozas Tunaitis, księża z Polski i Wileńszczyzny, europosłowie Waldemar Tomaszewski i Janusz Wojciechowski, senator Łukasz Abgarowicz, posłowie Adam Lipski i Jacek Kurski, prezes Stowarzyszenia Wspólnota Polska Longin Komołowski, ambasador Polski na Litwie Janusz Skolimowski, delegacje samorządów Wileńszczyzny, Siedlec, Olsztynka, Wysokie Mazowieckie, Ostrowi Mazowieckiej – miejscowości, w której ksiądz Obrembski ukończył gimnazjum.

„Kapłan bliski mojemu sercu i sercom wszystkich Polaków na Wileńszczyźnie” – napisał w kondolencjach prezydent Bronisław Komorowski. „Wielki Polak, Patriota i Kapłan” – napisał marszałek Senatu Bagdan Borusewicz. „Miałem szczęście poznać Jego ducha pełnego miłości do Kościoła i do ludzi” – napisał Józef kardynał Glemp, prymas senior.

Obecnie dom Obrembskiego – zwykła, stara, skromna wiejska chata – jest przygotowywany do renowacji. Zgodnie z życzeniem prałata będzie tu muzeum księży Wileńszczyzny. W jednym z pokoi zostaną też zaprezentowane rzeczy osobiste Obrembskiego, jego odznaczenia, książki, obrazy.

Polska szkoła w Mejszagole nosi imię księdza. Postaci Obrembskiego poświęconych zostało kilka książek wydanych na Litwie, m.in. „Żywot jak słońce” autorstwa Jana Sienkiewicza i „Józef Obrembski – kapłan według Serca Bożego”, która zawiera wspomnienia księży Wileńszczyzny o duchownym.

Stefania Romer (1926-2012) – ród Romerów

W I Rzeczypospolitej Romerowie zajmowali wiele zaszczytnych urzędów cywilnych i wojskowych, np. Mateusz Romer, generał artylerii, brał udział w wyprawach wojennych Jana III Sobieskiego.

W wieku XX Romerowie wspierali Polaków w działaniach niepodległościowych. Największą sławę zyskał Tadeusz Romer, dyplomata, ambasador RP w Tokio i Moskwie, minister spraw zagranicznych w rządzie Stanisława Mikołajczyka w latach 1943-44.

Na Litwie sztandarową postacią rodu Romerów jest Michał Romer, żołnierz Legionów, adiutant Piłsudskiego, który, po zajęciu Wilna przez wojska generała Lucjana Żeligowskiego w 1920 r., ostatecznie opowiedział się za Litwą. Michał Romer był prawnikiem, twórcą prawa konstytucyjnego na Litwie, rektorem uniwersytetu w Kownie. Dzisiaj jeden z wileńskich uniwersytetów nosi jego imię.

Michał Romer był rodzonym bratem babci zmarłej Stefanii. Pani Stefania wspominała: „Michała Romera nazywałam wujkiem, bo tak nazywali go moi rodzice, a on był z tego zadowolony, nie chciał być dziadkiem.

Stefania Romer urodziła się w 1926 r. w Bohdaniszkach na Kowieńszczyźnie. Początkowo naukę pobierała w Bobtach, dzisiejsze obrzeże Kowna, a po ukończeniu polskiego gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Kownie, w 1946 roku, wstąpiła do Akademii Rolniczej na wydział agronomii. „Chciałam mieszkać i pracować na wsi, miasta nie lubiłam” – wspominała.

W 1955 roku Stefania Romer podjęła pracę jako wykładowca w wileńskim technikum rolniczym z polskim językiem nauczania, dzisiejszej Wileńskiej Szkole Technologii, Biznesu i Rolnictwa. Pracy wykładowcy poświęciła 26 lat, wychowała niejedno pokolenie litewskich Polaków, specjalistów rolnictwa.

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Stefania Romer mieszkała w podwileńskich Wojdatach, nieopodal szkoły, w której wykładała. Tu, w dwupokojowym mieszkaniu, nieraz odwiedzał ją jej krewny, prezydent Polski Bronisław Komorowski.

Przed kilku laty pani Stefania mówiła: „Wszyscy już pomarli, zostałam jedna z tej dużej kochającej się rodziny. Co dzień ich wspominam, myślę o nich z miłością i wdzięcznością, i modlę się za ich dusze”.

Europejska Fundacja Praw Człowieka

W lutym 2011 r. Instytut Monitorowania Praw Człowieka w Wilnie (HRMI) w swym Raporcie Alternatywnym na podstawie Czwartego i Piątego Raportu Okresowego Litwy, który powstał w oparciu o Międzynarodową Konwencję ws likwidacji wszelkich form dyskryminacji rasowej (CERD) podkreślił, że „Litwa charakteryzuje się niskim poziomem wiedzy o prawach człowieka wśród decydentów, urzędników państwowych, sądownictwa, mediów i generalnie społeczeństwa. Państwo musi rozwinąć skuteczne ramy instytucjonalne i prawne w celu ochrony praw człowieka na Litwie.”

EFPCz, w podobnym raporcie z marca 2011 roku, podkreśliła, iż utożsamia się z argumentami i oświadczeniami zawartymi w Alternatywnym Raporcie, przedstawionym przez HRMI. W raporcie dotyczącym praw człowieka na Litwie autorstwa Biura Demokracji, Praw Człowieka i Pracy z dnia 8 kwietnia 2011 roku stwierdza się, że „​​dyskryminacja kobiet oraz mniejszości etnicznych i seksualnych wciąż istnieje”, oraz że „nietolerancja i społeczna dyskryminacja wobec mniejszości etnicznych i narodowych nie znika. Podkreśla się również, iż „antysemickie i rasistowskie komentarze w internecie pozostają powszechne“.

Litwa jest jedynym państwem, które ratyfikowało Konwencję Ramową o Ochronie Praw Mniejszości Narodowych, a następnie zniosło Ustawę o mniejszościach narodowych. Dlatego też od roku 2010 nie istnieje prawo chroniące tę wrażliwą grupę. W ciągu ostatnich dwóch lat przeciwko mniejszościom wszczęto wiele administracyjnych i prawnych postępowań. Wypowiedzi szerzące nienawiść, prześladowania, uprzedzenia, stereotypy oraz negatywny obraz grup mniejszościowych stały się niestety powszechne w litewskich mediach, łącznie z komentarzami czytelników. Znane są tylko nieliczne procesy sądowe dot. dyskryminacji na tle rasowym i etnicznym. Liczne ataki rasistowskie nie były odpowiednio zbadane, a przestępcy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej.

Fundacja w Wilnie, broniąca praw człowieka i mniejszości narodowych.

Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL)

W maju tegoż roku Sejm Litwy przyjął uchwałę, na mocy której prawo udziału w wyborach otrzymują wyłącznie partie i organizacje polityczne. Społeczność polska nieposiadająca własnej partii stanęła przed trudnym zadaniem – zachowania Związku i jednocześnie umożliwienia swego udziału w życiu politycznym Litwy. Powołanie partii wymagało znacznego wysiłku organizacyjnego, m.in. przybycia na zjazd co najmniej 400 założycieli i to w środku lata. Nie było też pewności co do bezproblemowej rejestracji partii w Ministerstwie Sprawiedliwości.

W tej sytuacji Zarząd Główny ZPL zwołał 14 sierpnia V Nadzwyczajny Zjazd ZPL. Niedługo przed zwołaniem zjazdu powstała grupa inicjatywna powołania partii polskiej. W skład grupy wchodziło 15 osób. Koordynatorem grupy był Waldemar Tomaszewski. Na zjeździe została przyjęta, jak się okazało, słuszna decyzja: przekształcenia ZPL w organizację społeczną oraz poparcie starań grupy inicjującej utworzenie partii powołanej pod nazwą Akcja Wyborcza ZPL. W ciągu dwu tygodni przy aktywnej współpracy struktur ZPL udało się zebrać 739 podpisów założycieli, przygotować program i statut przyszłej partii oraz przeprowadzić 28 sierpnia Zjazd Założycielski.

Wreszcie 23 października, po naciskach litewskiego Ministerstwa Sprawiedliwości w sprawie usunięcia z nazwy wyrazu „Związek”, została zarejestrowana Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL).

Na zjeździe założycielskim w 1994 r. po odmowie kandydowania na prezesa partii przez Waldemara Tomaszewskiego i Fryderyka Szturmowicza w głosowaniu jawnym prezesem został Jan Sienkiewicz. W kwietniu 1997 r. na II Zjeździe AWPL było 2 kandydatów na stanowisko prezesa – J. Sienkiewicz i W. Tomaszewski. W tajnym głosowaniu pierwszy zdobył 56 głosów, – drugi 44 głosy. Prezesem został Jan Sienkiewicz. W roku 1999 na III Zjeździe AWPL zdecydowaną większością głosów – 68 do 19 na stanowisku prezesa organizacji, zmieniając Jana Sienkiewicza, stanął Waldemar Tomaszewski. Na IV i V Zjeździe AWPL Waldemar Tomaszewski został ponownie wybrany na przewodniczącego.

AWPL realizuje założenia statutowe stając do wyborów różnego szczebla – od samorządowych poprzez parlamentarne aż do europarlamentarnych w 2004 r. Niepodzielnie od przeszło dziesięciu lat Akcja Wyborcza Polaków rządzi w zdominowanych przez ludność polską rejonach: wileńskim (63 proc. Polaków) i solecznickim (80 proc. Polaków). W wyborach samorządowych w tych rejonach AWPL stale zyskuje 60-70 proc. poparcie. W kilku innych rejonach AWPL należy do koalicji rządzącej i ma wpływ na podejmowane decyzje. W ciągu całego okresu swego istnienia AWPL stoczyła wiele batalii w obronie interesów mniejszości polskiej na Litwie i wiele z nich było zwycięskich. Nieraz organizowała przed litewskim Sejmem wiece protestacyjne w obronie polskiej oświaty, języka i ziemi. Wspólnie ze Związkiem Polaków na Litwie i Stowarzyszeniem Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Macierz Szkolna” przeprowadziła akcję zbierania podpisów pod projektami przychylnych dla społeczności polskiej ustaw o oświacie i mniejszościach narodowych.

AWPL dba o rozwój polskich szkół na Wileńszczyźnie jak również o rozwój gospodarczy regionu. Dzięki wspólnym wysiłkom polska społeczność na Litwie ma dzisiaj – w porównaniu z innymi społecznościami polskimi poza granicami macierzy – najmocniejszą pozycję w świecie.

2 WDH „Liliowa dwójka”

2 WDH (Wileńska Drużyna Harcerek) „Liliowa dwójka” powstała 10 października 2001 r. Nazwa została przejęta od drużyny harcerskiej, która istniała w Wilnie przed II Wojną Światową. Trzon drużyny przy jej powstaniu stanowiły druhny, które przeszły z 2 WGZ (Wileńska Gromada Zuchowa) „Wesołe Biedronki”, prowadzonej przez Justynę Błaszkiewicz, która potem została pierwszą drużynową „Liliowej dwójki”. Po niej funkcję tę przejęła Dana Masewicz, a po roku — Alicja Malewska, która prowadziła drużynę ponad rok. Następnie funkcję drużynowej wzięła w swoje ręce Inessa Zdanowicz.

Drużyna działała przy Szkole Podstawowej oraz przy Gimnazjum im. Jana Pawła II. Inessa Zdanowicz po niespełna roku prowadzenia drużyny przekazała ją dh. Kasi Kostygin. W 2008 roku – w wyniku braku działalności – przez pewien czas drużyna została postawiona na okres próbny. W tym samym roku funkcję drużynowej przejęła dh. Jolanta Lubkiewicz-Biedulska. Jesienią 2005 roku od drużyny odłączył się zastęp „Niezapominajka”, który obecnie jest samodzielną drużyną.

W 2002 r. drużyna zajęła I miejsce w VI Harcerskim Festiwalu Piosenki. W VII festiwalu historia się powtórzyła i drużyna ponownie otrzymała I miejsce. W 2009 roku na Festiwalu Harcerskiej Oryginalności drużyna zdobyła III miejsce. Niestety, to był ostatni festiwal, w którym brała udział 2 WDH „Liliowa Dwójka”. Z powodu braku działalności drużyna została rozwiązana.

 

 

Franciszek Żwirko (1895-1932)

Franciszek Żwirko urodził się w Święcianach (Wileńszczyzna). Po ukończeniu szkoły wyjechał do Omska i pracował tam telegrafistą. W 1916 roku został powołany do wojska rosyjskiego i uczestniczył w I wojnie światowej. Wyróżnił się bohaterstwem i został porucznikiem. W jednej z walk został ranny w rękę i nie mógł pełnić służby wojskowej przez długi czas. Z tego powodu wrócił do Wilna, gdzie pracował na lotnisku jako mechanik, po czym przeniósł się do Warszawy. W1922 roku Żwirko został powołany do służby wojskowej w wojsku polskim. W 1929 roku rozpoczął pracę w Aeroklubie Warszawskim, w 1931 roku został dowódcą Eskadry Pilotażu.

W 1929 roku zaprzyjaźnił się ze Stanisławem Wigurą. Na samolocie o całkowicie polskiej konstrukcji RWD-2 przelecieli oni trasę Warszawa- Poznań- Erfrurt- Frankfurt- Nancy- Paryż- Lyon- Nimes- Perpignan- Barcelona- Marsylia- Mediolan- Wenecja- Wiedeń- Kraków- Warszawa.

* Challenge 1932
Zawody, których start i meta były w Berlinie, trasa o długości 7300 km. Franciszek Żwirko wraz z przyjacielem Wigurą zwyciężyli w zawodach i zostali niemal bohaterami narodowymi.

Franciszek Żwirko zginął 11 września 1932 roku razem ze Stanisławem Wigurą w Czechosłowacji. Bohaterowie zostali pochowani 15 września 1932 roku na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

————————-

* Challenge 1932

To zawody lotnicze, podczas których Franciszek Żwirko w zespole ze Stanisławem Wigurą zdobył I miejsce. Start i meta tych zawodów znajdowały się w Berlinie. Zawody obejmowały próby techniczne oraz sprawnościowe samolotów, jednak głównym sprawdzianem był lot na trasie: Berlin-Warszawa-Kraków-Praga-Brno-Wiedeń-Zagrzeb-Vicenza-Rimini-Rzym-Florencja-Bellinzona-Turyn-Cannes-Lyon-St.Gallen-Stuttgard-Bonn-Paryż-Deauville-Rotterdam-Dortmund-Hamburg-Kopenhaga-GoeteborgLaholm-Kopenhaga-Berlin (długość trasy ponad 7300 km). Po ukończeniu trasy na uczestników zawodów czekał jeszcze wyścig na zamkniętej trasie o długości 300 km. Maraton trwał od 16 do 24 sierpnia 1932 roku. Była to impreza niezwykle popularna w Polsce, z tego powodu porucznik Żwirko z Wileńszczyzny oraz inżynier pilot Wigura z Warszawy stali się niemal bohaterami narodowymi w Polsce.

Jerzy Surwiło (1941-2009)

Jerzy Surwiło urodził się w 1941 r. w okupowanym przez Niemcy Wilnie. Ukończył Szkołę Średnią nr 19 (obecnie im. Władysława Syrokomli) w Wilnie, następnie w 1964 r. Wydział Filologii Polskiej Instytutu Pedagogicznego (obecnie Uniwersytet Pedagogiczny) w Wilnie.

Jerzy Surwiło, wilnianin z dziada pradziada, urodzony w 1941 roku. Skończył Wileńską Szkołę Średnią nr 19 (obecnie im. Władysława Syrokomli) w Wilnie, zaś w 1964 roku, po ukończeniu studiów polonistycznych, rozpoczął pracę w polskim dzienniku „Czerwony Sztandar” – dzisiejszym „Kurierze Wileńskim”. Przez ponad 30 lat był zastępcą redaktora naczelnego tego dziennika. Pracował też w piśmie „Gazeta Wileńska”, przez osiem lat był redaktorem Magazynu Kombatanckiego w polskiej rozgłośni w Wilnie „Radiu Znad Wilii”.

Był współzałożycielem Związku Polaków na Litwie (ZPL), prezesem Zarządu Miejskiego miasta Wilna ZPL, członkiem Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą i Cmentarzem Bernardyńskim, patronował budowie pomnika Adama Mickiewicza w Wilnie, przygotowywał akcję renowacji Muzeum Adama Mickiewicza, był inicjatorem upamiętnienia imienia Juliusza Słowackiego w Wilnie i na Wileńszczyźnie oraz w Warszawie.

Surwiło był także współzałożycielem Polskiej Sekcji Zesłańców przy Wileńskiej Wspólnocie Więźniów Politycznych i Zesłańców, organizacji kombatanckich – Klubu Polskich Weteranów Wojny na Litwie (żołnierzy Armii Krajowej), Dobroczynnego Stowarzyszenia Polskich Kombatantów na Litwie, Klubu „Wrzesień 39” w rejonie wileńskim.

Jest autorem blisko 20 książek, m.in. „Wileńskimi śladami Józefa Piłsudskiego”, „Spacerkiem z Marszałkiem po Żmudzi, Wilnie i Wileńszczyźnie. Zdarzenia, fakty, anegdoty”, „Zostali tu z nami na dobre i złe”, „Polska scena nad Wilią”, „To wszystko było, jest w Wilnie” i wielu innych.

Posiadał encyklopedyczną wiedzę o Wilnie. Wiedza ta była wykorzystywane do utrwalania polskich śladów na Litwie. Surwiło ustalał też nieznane jeszcze miejsca spoczynku polskich żołnierzy na terenie Wilna i Wileńszczyzny i upamiętniał je.

Surwiło był znany również jako zbieracz pamiątek historycznych, związanych z Wilnem. Ze swoich zbiorów oraz zbiorów rodzinnych przekazał bezinteresownie obrazy Józefa Piłsudskiego i Aleksandra Prystora dla Mieszkania-Muzeum Marszałka w Sulejówku. Materiały (zdjęcia, dokumenty i inne) dotyczące Ferdynanda Ruszczyca przekazał Muzeum Narodowemu w Warszawie. Wiele cennych pamiątek i materiałów Surwiło ofiarował też muzeom Henryka Sienkiewicza i Kazimiery Iłłakowiczówny w Poznaniu – a są to nieznane i mało znane zdjęcia, druki związane z tymi osobami.

Jego praca była zauważana i doceniana. Surwiło został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej, Złotą Odznaką Honorową za zasługi społecznego ruchu muzycznego.

Zmarł niespodziewanie 24 października 2009 r. z powodu rozległego wylewu krwi do mózgu. Pochowany na cmentarzu w Kalwarii Wileńskiej.

Kapela Wileńska

Kapela Wileńska zaczęła działalność w 1988 roku, kiedy to grupka młodych chłopców, połączona miłością do polskiej pieśni i prowizorycznie muzykująca od kilku lat postanowiła utworzyć kapelę.

Jej pierwszy skład stanowili: „Wujek Maniek” – autentycznie wujek wszystkich niemal członków zespołu, czyli solista Marian Wojtkiewicz; kierownik artystyczny, skrzypek Zbigniew Lewicki; kontrabasista Gerard Łatkowski; grający na banjo, banjoli, gitarze, harmonijce ustnej Artur Płokszto; perkusista Waldemar Łatkowski; gitarzysta Andrzej Paukszteło oraz akordeonista Romuald Piotrowski.

Idea utworzenia Kapeli Wileńskiej na wzór słynnej warszawskiej czy lwowskiej okazała się bardzo twórcza i oryginalna. Nie mieli wzorców do naśladowania, Wilno nigdy nie miało bowiem kapeli, a folklor miejski funkcjonował jedynie w formie fragmentów. Członkowie kapeli zaczęli intensywnie poszukiwać starych tekstów oraz tworzyć nowe. Na ich repertuar złożyły się popularne i lubiane przeboje dwudziestolecia międzywojennego wyśmienite retro wileńskie, lwowskie, warszawskie. Od razu potrafili po mistrzowsku uchwycić nastrój, lekkość i wdzięk polskich szlagierów, dostosować doń styl ubierania się i zachowania na scenie.

Kapela Wileńska szybko zdobywa serca wilnian i nie tylko. Z powodzeniem koncertuje, przemierza wzdłuż i wszerz Wileńszczyznę. Jadą wszędzie, gdzie się ich zaprasza: na zebrania założycielskie Kół Związku Polaków na Litwie, do podwileńskich klubów wiejskich, na Polonistykę czy do kawiarenki „Spectrum”. „Miła wileńska, cwaniacka nieco cyganeria, pełna werwy i brawury. Te częste łobuzersko filuterne mrugnięcia, kumowskie szturchańce, podszepty tchną dekoracyjną wileńską patyną kulturową, tak miłą, bliską, zrozumiałą i cenioną” piszą o nich.

Twórcze poszukiwania i wytrwała praca przynoszą efekty.

Repertuar Kapeli ciągle się wzbogaca w nowe utwory. Niektóre udaje się ratować z mroków zapomnienia w ostatniej chwili. Piosenki są wyszukiwane i zbierane nie tylko na Litwie, ale i w Macierzy. Do słów poetów wileńskich Alicji Rybałko i Aleksandra Śnieżko komponuje niestrudzony Zbigniew Lewicki, czuwając zarazem nad aranżacją, poziomem artystycznym oraz reżyserią swoistych spektakli, które stanowią koncerty Kapeli. Powstają też nowe programy: wileński, lwowski (którym zdobywają serca lwowian), pastorałki. Jako pierwsi w historii powojennego Wilna przygotowują program polskich piosenek patriotycznych „Dnia pierwszego września”, na który złożyły się utwory nie tylko z ostatniej wojny, lecz również pieśni powstań polskich, legionowe, ułańskie.

Kapela Wileńska gra i śpiewa nie tylko na Litwie, ale we Lwowie, w Moskwie, w Wiedniu. Na pierwszym Festiwalu Kultury zostaje laureatką głównej nagrody – Nagrody Publiczności. Niejednokrotnie Kresowej w Głogowie oraz Festiwalu Kapel Podwórkowych w Toruniu. Pełne wdzięku, dowcipu, pomysłowości występy sprawiają, że zespół ten zyskuje coraz szerszy krąg sympatyków. Wsparta nowymi siłami (Jerzy Garniewicz (1995 r.) śpiew, Zbigniew Sinkiewicz (1995 r.) banjo, śpiew, harmonijka ustna, w nowych aranżacjach Kapela Wileńska prezentuje Państwu stare i nowe, wesołe i smutne piosenki mając świadomość, że utrwalamy czas, który już nie wróci.